Dalmacija Ultra Trial – 53km SEA

bieganie, góry, podróże, ultra

Było rożnie. Było ciepło, ciężko, ale było też pięknie i przede wszystkim warto było. Dalmacija Ultra Trail 2018 to już przeszłość, a ja Wam powiem jakie widzę różnicę w porównaniu z polskimi biegami ultra i dlaczego chciałabym tam wrócić. Kawa jest? To zaczynamy.

Do Omiš, gdzie jest meta zawodów, dotarłam w piątek koło 14:00. Akurat by się rozpakować, odświeżyć po podróży i być gotową na 15:00 na otwarcie Biura Zawodów. Mieszkałam w hotelu Plaza , który mieścił się jakieś 50m od miejsca, gdzie odbierałam pakiet, ze 100m od mety i może ze 300m od parkingu, z którego byliśmy zabierani autokarami na start. Jeśli zależy Wam na czasie, wygodzie i przemiłej obsłudze, to szczerze polecam ten hotel.

Zaskoczona byłam, że nie było żadnego expo przy tym biegu. U nas firmy korzystają z okazji, żeby coś sprzedać zapominalskim, albo łowcom promocji. Tu oprócz gadżetów związanych z biegiem (opaska, kubek silikonowy,…) nie było nic. A sam pakiet? To plecak, taki jak u nas często możemy spotkać na biegach. W środku koszulka kompresyjna, opaska silikonowa na rękę, reklama izo i butelka piwa. Żadnych reklam innych sponsorów, niepotrzebnych papierów i masy ulotek. Oczywiście jest też numer startowy i worek na depozyt, który mogę zabrać na start, a organizatorzy zawiozą to na metę. Na dystansie 53km, który ja biegłam, nie było przepaków 😉

Jedyny minus jaki przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o DUT SEA to godzina startu. W mojej ocenie 9:00 to za późno. Start 6:00-7:00 rano gwarantuje Ci, że chociaż trochę biegniesz w chłodzie. O 9:00 było już ciepło, a słońce uśmiechało się do nas. Plus – możesz się wyspać, ale słabe to pocieszenie.

O 7:30 autokar zawiózł nas na start do miasta Makarska. Tam byliśmy około 8:20 więc sporo czasu na mentalne przygotowanie się, skorzystanie z toalety w pobliskich kawiarenkach (nie widziałam ToiToi), a dla chętnych nawet dobra kawa się znajdzie. Spiker przed startem powiedział, że na “moim” dystansie startuje maksymalna liczba 300 osób z 22 krajów i przy okazji tego biegu obywają się Mistrzostwa Chorwacji. Widziałam skupionych na biegu zawodników, ale też mnóstwo grup, które dobrze się bawiły. Ucieszył mnie fakt, że sporo Polaków startuje w DUT. Potem zaczepiałam Rodaków na trasie, żeby chociaż przez chwilę wymienić uwagi odnośnie całej imprezy.

Start był punktualnie o 9:00. Początek to bieg przez miasto, momentami po schodkach, po asfalcie. Byle do lasu i w góry. Na początku zrobił się zator przy podejściu, ale na szczęście to było jedyne takie miejsce. Z profilu trafy wnioskowałam, że początek to będzie ten trudniejszy element. Potem już miało nie być tylu długich podejść. Zapomniałam jednak o zmęczeniu.

Warto zwrócić uwagę na punkty kontrolne. Jak na mój gust dość dużo i nie spotykane w Polsce. Na każdym jedzenie, picie i cudowni wolontariusze. Tyle pozytywnej energii, uśmiechu i słów wsparcia dawali od siebie, że mnie osobiście nie chciało się wychodzić by biec dalej. Szczególnie zapamiętałam ostatni punkt, ale o tym później.

Trasa to mieszanka asfaltu, szutru czy kamieni. Było wszystko poza błotem 😉 Nie chciałam się spieszyć. Wiedziałam, że limit jest spory i raczej na spokojnie, jeśli nic się nie wydarzy, to zdążę. Chciałam podziwiać widoki gór i morza jednocześnie. Rozmawiałam z ludźmi, których mijałam, albo oni mijali mnie. Pomagałam robić zdjęcia, a gdy ktoś stawał to pytałam czy okej. Gdzieś w mojej głowie kołatało się, że 8h powinno mi wystarczyć, by być na mecie. Ciężko było przewidzieć, że spora nasza grupa pójdzie za jedną osobą, która zgubi szlak, mimo, że ten był bardzo dobrze oznaczony. A chwilę później zrobi to drugi raz 😉 Nikt na nikogo nie był zły, zawodnicy się uśmiechali. Co 5km wisiała tabliczka ile jeszcze jest do mety. Ostatnie 5km to już były oznaczenia co 1km. Na półmetku posiedziałam chwilę, porozmawiałam z wolontariuszami, podziękowałam im za ich pracę, zjadłam i stwierdziłam, że teraz to już z górki. Oj jak się myliłam. Zaraz za półmetkiem było jakieś 4km biegu po promenadzie. Teoretycznie najłatwiejsze, bo płasko, a moje nabite nogi odmawiały posłuszeństwa. Skorzystałam z toalety, obmyłam twarz i próbowałam zmusić się do biegania po asfalcie. Chęć wróciła, gdy wróciłam na szlak. Potem jeszcze parę razy przebiegaliśmy między domami, przez czyjeś podwórka. Ma to swój urok. Nikt nie ściągał oznaczeń, ludzie kibicowali i uśmiechali się. Turystów było mało, ale jak byli, to bili brawo.

Trasy 160km, 100km i 53km łączyły się. Cieszyłam się bardzo kiedy spotykałam “naszych”. Tak bardzo chciałam dodać im energii, dmuchnąć wiatrem w plecy.

Chciałam zwrócić uwagę na punkty kontrolne. Dla mnie duży plus, bo wiesz, że niczego Ci nie braknie. Za chwilę będzie kolejny punkt, uzupełnisz płyny, zjesz coś, chwilę odsapniesz, a Twoi znajomi, którzy śledzą Cię online mogą mieć informację jak Ci idzie. Na mnie działało to tak, że mam przed sobą np 8km a nie 20km. Biegi dzielił mi się na mniejsze odcinki, łatwiej oszukać zmęczenie i głowę. Minus taki, w mojej ocenie, że tracisz więcej czasu. Chciał nie chciał w punkcie zatrzymasz się. Weźmiesz dwa łyki wody czy coli, zjesz mandarynkę i lecisz dalej. Niby fajnie, ale raz, że to wybija z rytmu, a dwa – jeśli pomnożysz to przez ilość punktów kontrolnych to tych minut się uzbiera.
Inny plus – jeśli coś się dzieje – skurcze, problemy z żołądkiem czy cokolwiek innego, co uniemożliwi Ci kontynuowanie biegu, łatwiej jest zejść.

I właśnie chyba na czwartym punkcie dotarło do mnie, że 17:00 to jest nierealne założenie, ale bardzo bym chciała dotrzeć przed zachodem słońca. I kiedy dotarłam do Lokva Rogoznica, ostatniego punktu, poczułam się jak VIP. Wolontariusz, który miał listę z nazwiskami wyczytywał każdego tak, jakby wychodził na ring bokserski. Inni zawodnicy uśmiechali się, niektórzy głośno dopingowali. Z tego punktu pamiętam Martinę. Pomagała mi na drugim punkcie i była też tu. Powiedziałam jej, że w mojej ocenie każdy z biegaczy chociaż raz powinien być wolontariuszem, wtedy zrozumie, że bieg bez wolontariuszy nie może się odbyć. Ona przytuliła mnie, podziękowała i dała takiego kopa emocjonalnego, że wybiegałam z tego punktu jak na skrzydłach, ale ze łzami w oczach. Teraz był jeden cel – meta przed zachodem słońca.

I wtedy spotykam szalonego fotografa – 2km do mety, piękny zachód, już wiem, że będę na czas. Mój czas. A on do mnie – hej, do mety masz już niecałe 2km, ale mogłabyś podskoczyć? Fajne zdjęcie byś miała z zachodem słońca 🙂 50km w nogach i skakać? Dałam się namówić. Zdjęcie na aparacie wyglądało super i czekam teraz kiedy będzie gdzieś dostępne.

Końcówka. Tu nie było mowy o zmęczeniu. Czułam się jak Ultramityczna, która kończyła ŁUT150. Zmęczona, ale gnałam do przodu, szczęśliwa i nie chciałam się zatrzymać. 50m przed metą zaczęły łapać mnie skurcze. Jak to dobrze, że teraz, a nie na trasie.

Na pytanie “czy warto?” odpowiadam – warto. Organizacyjnie super. Nie czułam, żeby czegoś brakowało, super wolontariusze, tacy, którzy wiedzą po co tam są. Trasa momentami wymagająca, o zmiennym podłożu, ale limit jest naprawdę spory i spokojnie nawet niedoświadczony biegacz ultra może ukończyć. Debiut na DUT? Czemu nie! Dla mnie godzina startu mogłaby być wcześniejsza, ale to jest szczegół.

Martinę udało mi się znaleźć kolejnego dnia, na rozdaniu nagród. Podziękowałam jej za to co dla mnie zrobiła. Niby drobny gest, ale dla mnie baaardzo znaczący.

Na DUT SEA zabrałam sprawdzone rzeczy: spódnicę od Polka Sport; koszulkę ultra od Nessi Sport; opaski kompresyjne Zeropoint, skarpetki JOMA oraz buty Altra Lone Peak 4.0, które testuję i które super mi się sprawdziły. Po biegu zero pęcherzy a paznokcie miałam całe ;

 

 

poprzedni
następny

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply