XIV Rzeźnik

bieganie, góry, trail, ultra

Znacie to uczucie kiedy bardzo czegoś chcecie i nagle dowiadujecie się, że to „coś” może być Wasze?

O Rzeźniku słyszałam dawno. Myślałam, że to dla szaleńców, bo kto przy zdrowych zmysłach leci w nocy na złamanie karku po Bieszczadach i jeszcze ma z tego radość?! Drepcze po górach po kilkanaście godzin i na mecie ma uśmiech na twarzy mimo, że za nim 80km. Nie dla mnie.  Nie moja bajka.

Potem przyszedł moment, że po 7 latach nieobecności w górach znajomi namówili mnie na Rzeźniczka. 27km i popłynęłam. Zakochałam się i … marzyłam o Rzeźniku. Widziałam tych szaleńców na przepakach i na mecie. Zazdrościłam im wtedy przeokrutnie. Kiedy Daniel w 2015 zaproponował mi, żebyśmy wystartowali razem byłam wtedy w Nowym Jorku, kończyłam projekt Majorsowy i czułam, że to będzie dobry krok. Niestety brak szczęścia w losowaniu, moja kontuzja, a potem kontuzja Daniela pokazały, że to jeszcze nie teraz. Rok 2016 i Daniel wraca z propozycją. Wiem, że to ja będę tym słabym ogniwem, wracałam bardzo powoli do formy, bałam się zbiegów ze względu na kolano, ale tak bardzo chciałam….

Mariusz wyganiał mnie na trening do Falenicy (6x, 8x,..), albo długie wybiegania po 35km, które przestały w pewnym momencie być takie straszne. Im bliżej było startu, tym więcej miałam obaw. Biegaliśmy razem z Danielem po Kampinosie, wiedziałam, że się dogadamy…ale czy przez całą trasę?

W Bieszczady zawitałam w sobotę rano. Czułam pewność, że jestem tu, gdzie być powinnam. Kiedy wybrałam się po odbiór pakietów, spotkałam mnóstwo znajomych. Cieszyłam się, że tym razem będę częścią tej imprezy, że moje marzenie powoli zaczynam spełniać. Nie podobało mi się tylko niebo…Brzydkie i zachmurzone. Wszystkie prognozy mówiły, że będzie padać. I padało. Od 17 i tak non stop. Odprawa szybka i w deszczu. Przygotowaliśmy przepaki i pora do domu spać, szykować się na Wielki Dzień.

Pobudka o północy. Nie wiem czy spałam 30 min. Z emocji nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się czy wszystko wzięłam, ale stresu już nie było. W autobusie, który o 1:45 ruszył z Cisnej do Komańczy, próbowałam spać. Zupełnie jak przed Bostonem. Wtedy też padało… Wiewiórka na drzewie tradycyjnie pojawiła się na mecie, zaczęło się odliczanie i …. ruszyliśmy. Przed biegiem Krasus dał mi dwie rady: zacznij wolno, niech Cię mijają kobiety z wózkiem z dziećmi i #żryjzcałychsił. Zaczęliśmy spokojnie, na luzie. Mijali nas, mijaliśmy my. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Czułam się ok.

Czekałam na ten piękny obiecany wschód słońca, ale było tyle mgły, że wschód gdzieś był, ale nie dane było mi go zobaczyć. Kolejne zbiegi dawały popalić nie tyle moim czwórkom, co cierpiało moje kolano. Raz nawet poprosiłam Daniela by poczekał na dole, bo ja muszę zwolnić. To był jedyny moment podczas całego biegu, kiedy pomyślałam o zejściu z trasy. Jeśli do Cisnej nie będzie lepiej…ale było.

CISNA

Czekałam na ten przepak. To takie uczucie, kiedy przez kilka kilometrów myślisz tylko o tym miejscu, że będą znajomi. A przynajmniej liczyłam, że ktoś będzie ze znajomych. Niosło nas do punktu. Daniel zobaczył swoją rodzinę, kibice bili brawo, a ja czułam się jakbym wygrała najważniejsze zawody. Nie czułam zmęczenia mimo 32km w nogach, czułam radość. Obiecaliśmy sobie z Danielem, że nie ciśniemy na czas, ale nie chcieliśmy za długo siedzieć w strefie. Z drugiej strony żal było zostawić znajomych.

fot. najlepszy trener Janushów biegania – Paweł Kosin

Paweł Kosin trochę pokrzyczał na mnie, że nie to mi rozpisał w planie na ten bieg 😉 , Ania pomogła uzupełnić colę, Jula zabrała rzeczy, których zapomniałam wrzucić do torby na przepaku. Wszystko doceniam! W strefie szybki podgląd kto przed nami, kto za nami. Nie spodziewałam się zobaczyć Łukasza czy słynnego Bonka Skielc – byłam przekonana, że są przed nami. A! To ja pomyliłam worki na przepaki – biorę to na klatę – ale chyba w sumie nie wyszło tak źle 🙂

SMEREK

To co się działo między Cisną a Smerekiem nie potrafię opisać. Zwyczajnie niosło mnie. Jakbym dopiero wyszła na trasę. Podziwiałam chmury, bo o widoki było ciężko, żartowałam z Danielem, rozmawialiśmy z innymi biegaczami. Kolano siedziało cicho. Kiedy wcześniej słyszałam czy czytałam o drodze Mirka, dziwiłam się, czemu zawodnicy jej nie lubią. Teraz sama wiem. Ciągnie się, nie jest przyjemna, ale wiesz, że na końcu czeka Cię najlepszy przepak ever. Z pysznym jedzeniem i w takiej ilości, że dla każdego wystarczy i każdy znajdzie coś dla siebie. Zjadłam bułkę z szynką (bo wszyscy chwalili), a ryż z jabłkiem i cynamonem był tym czymś, co skradło wtedy moje serce. Dla pewności schłodziłam kolano lodem i w drogę. Spędziliśmy tu 20 min (!) i faktycznie czas meeeega szybko leci.

I ta dam. Zeszła cała para, którą miałam po Cisnej. Czekałam, że może wróci, ale … w końcu w nogach prawie 50km więc nie spodziewaj się cudów Mała. Mieliśmy zasadę, że pod górę wchodzimy, a na prostej i z górki lecimy. No chyba, że górka jest taka tyci, tyci to lecimy. Błoto czasem nas stopowało na zbiegach, szczególnie ten stromy ze stoku narciarskiego. W pewnym momencie słyszę za sobą Bonka Skielc. Słyszę wierszyk o sobie i uśmiecham się pod nosem. Nie wiem skąd on ma tyle pary, ale gada non stop. I od rzeczy 🙂 Chyba obojgu nam z Danielem towarzystwo Bonka i Pozioma było potrzebne. Gadaliśmy, śmialiśmy się i wzajemnie motywowaliśmy do biegu. Nie wiem, w którym momencie nas zostawili, ale dobre 10km biegliśmy razem na bank.

Ostatni punkt, woda, cola, puszka Burn, rodzynki i w drogę. Słońce jednak wyszło i dawało popalić. 67km robi swoje. Ale z uśmiechem na ustach ciśniemy dalej. Na 70km cichutko sobie popłakałam. Tak leciutko. Bo wiedziałam wtedy, że choćby nie wiem co – będę na mecie, że dokuśtykam, doczołgam się, ale zrobię to. Wiedziałam, że 3 km przed metą będzie jeszcze jedna góra. 200m w górę. Czułam, że to będzie gwóźdź do trumny. Oboje już mieliśmy dość, marzyliśmy o mecie. I kiedy słychać było już muzykę, wrzaski z mety, zobaczyliśmy naszego drużynowego kumpla – Bogdana, który biegł jak szalony w Rzeźniczku Intro i zdążył nam tylko krzyknąć – Jestem drugi! To mi dało takiego kopa, przestałam myśleć o swoim zmęczeniu, tylko zaciskałam kciuki i czekałam, że usłyszę jego nazwisko z głośników, że „dowiezie” ten wynik do końca.

Końcówka trasy to już schodzenie po obłoconym kawałku ziemi, trzymając się linki, wbieg na mostek i ogromne wrzaski Albatrosów. Ileż to daje energii. Rzuciłam do Daniela: „Dawaj, wyprzedzamy jeszcze tych”. Na mecie medal, łzy i niezawodny Paweł Kosin z aparatem. Dzięki Ci za to.

Daniel!

Dziękuję!

Za to, że miałeś odwagę pobiec z takim żółtodziobem jak ja, za wiarę we mnie, w nas. Za to, że nigdy nie pozwoliłeś mi zwątpić. Za to, jakim jesteś człowiekiem i partnerem. Dla mnie to był zaszczyt móc biec z Tobą. Spełniłeś moje marzenie, byłeś przez cały bieg ze mną, a nie obok mnie. Za słowa wsparcia, za brak kryzysów, za śmiech, gadanie i tylko jeden ochrzan! No dobra – upomnienie. Za to, że pilnowałeś, żebym jadła, piła i nie biegła za szybko. Za wszystko, co dzięki Tobie przeżyłam. Masz specjalne miejsce w moim sercu – Asia wybacz 🙂

 

 

A technicznie?

Tak jak kazał Krasus i pilnował Daniel – jadłam. Zjadłam 7 żeli Agisko (dla mnie boskie), jeden baton Power Bar (na siłę, ale Daniel kazał), dwie garści rodzynek na ostatnim punkcie, ryż, bułkę i moje ryżoklejki. Miałam jeszcze kabanosy i suszone morele, ale nie wiem gdzie bym je wcisnęła 🙂 Wypiłam 2l coca-coli – nigdy tak dobrze mi nie smakowała! i ok 4l wody. Nie wiem jak by to było, gdyby był upał.

Sprzęt:

  •  koszulka „albatrosowa” w kolorze madżenta
  • spódniczka od Polka Sport – bardzo mi się sprawdziła. Zero jakichkolwiek obtarć czy cuś w tym stylu. Mega wygodna
  • skarpetki Sager – zero pęcherzy, obtarć, czegokolwiek. Jedyny minus, że chyba już ich nie dopiorę… O takie (tu)
  • opaski kompresyjne Zero Ponit. Uwielbiam je. Za to jak działają, za kolor i że błota nie widać jak się nie dopierze 😉  takie
  • buty INOV-8 Rocklite 295 sprawdziły mi się super w tych warunkach. O takie. Kolor tylko inny.
  • plecak, który okazał się strzałem w 10. Aonijie Wind Runner. Idealny na taki bieg. Ma wszystko co trzeba. Zadowolona jestem, że się na niego zdecydowałam. Taki

Dziś już wiem na co mnie stać. I tak jak powiedziała mi Justyna przed biegiem. „Tu się liczy głowa,a nie szybkość”. Dzięki Tobie, uwierzyłam w siebie i strach jakby był mniejszy.

Zero kryzysów, jeden pomysł na zejście z trasy przez kolano i cudowne samopoczucie dzisiaj. Mam chęć na więcej…dalej…

Mam małe marzenie urodzinowe, ale obiecałam sobie podjąć decyzję po Rzeźniku. Coś czuję, że je spełnię.

Dziękuję Wam za wsparcie. kibicowanie i trzymanie kciuków.

Albatrosy – jest siła! Kibicowanie w Waszym wykonaniu zawsze daje moc i kopa w tyłek!

Polacy Biegają w UK – uwielbiam Was i dziękuję – za wszystko!

Paweł Kosin – byłeś i jesteś wyjątkowy!

Bonku i Poziom – dzięki za wspólny czas.

Mariusz – dziękuję za przygotowanie i wiarę we mnie, że się uda.

WYNIK:

14:16:53 co daje nam 189 miejsce na 536 par i 36 w MIX na 131.

fot. Irma Sumara – dzięki!

 

 

 

poprzedni
następny

You Might Also Like

5 komentarzy

  • Reply
    Krzysztof G.
    14 lipca 2017 at 16:00

    Należą się mega graty! I szacuneczek! 🙂

    • Reply
      poranamajora
      17 lipca 2017 at 08:35

      śliczne dzięki!

  • Reply
    Pezet
    17 lipca 2017 at 08:04

    Naprawde podziwiam i gratuluje samozaparcia.

    • Reply
      poranamajora
      17 lipca 2017 at 08:34

      bardzo Ci dziękuję za ten komentarz

  • Reply
    Gieorgij
    22 lipca 2017 at 11:01

    Jeśli chodzi o mnie, to na temat takich biegów jak Bieg Rzeźnika się nie wypowiem, bo to dla mnie wyższa półka natomiast jeśli chodzi o zwykłe maratony czy maratony to…
    Często się spotykam z opinią, że aby się przygotować do przebiegnięcia długiego dystansu potrzeba miesięcy treningów.
    Tymczasem, z własnego – i nie tylko – doświadczenia wiem, że aby na przykład od zerowej kondycji jeśli chodzi o bieganie można spokojnie w 4 – 5 tygodni się przygotować do przebiegnięcia dystansu 10 km.
    Tymczasem aby wziąć udział w maratonie i go ukończyć, wystarczy niecałe pół roku treningów i to z zapasem.
    Żeby osiągać takie rezultaty, trzeba wyznaczyć sobie jedną, konkretną trasę – może to być długi odcinek tam i z powrotem, lub krótki, w postaci kółka po jakimś parku albo coś w tym stylu.
    Pamiętam jak z bratem przygotowywaliśmy się do maratonu w Lublinie, w 2014 roku. Nie mieliśmy pojęcia o bieganiu a już po 5 tygodniach przebiegliśmy na treningu dystans 11 kilometrów.
    Nasz system był taki, że zaczęliśmy od dystansu, na jaki nas początkowo było stać – było to jakieś 2 kilometry. Biegaliśmy po dróżce rowerowej, która prowadziła z naszego mieszkania nad zalew.
    Biegaliśmy co drugi dzień, 3 – 4 razy w tygodniu. Na każdym treningu dobiegaliśmy od stu do kilkuset metrów dalej. Po pięciu tygodniach ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu przebiegliśmy już 11 km!
    Pamiętam że wtedy szczyt kondycji osiągnęliśmy po jakichś 4ch miesiącach i porzuciliśmy treningi na czas późnej jesieni i zimy. Następnie wznowiliśmy je po kilku miesiącach około początku marca a już na początku maja biegliśmy nasz pierwszy w życiu maraton: ukończyliśmy go z czasem 4:12 i 4:20
    Nie stosowaliśmy żadnych specjalnych programów treningowych a ni drogich sprzętów do pomiarów.
    Mało tego, w tym roku, 2017 moja dziewczyna chciała też przebiec maraton i poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniach. Miała czas do maratonu… Trzy miesiące.
    To bardzo mało czasu i musieliśmy korzystać z literatury żeby opracować dla niej odpowiednio skuteczny trening. Ja osobiście co prawda jestem po kursie instruktorskim, ale jestem instruktorem fitnessu, nie biegania, więc musieliśmy się nagłówkować jak to odpowiednio zrobić.
    Jej treningi nie ograniczały się już tylko do biegania ze zwiększaniem dystansu. Dołączyliśmy trening siłowy i podnoszący kondycję.
    Pamiętam jak po 4ch tygodniach przygotowań wziąłem ją na lokalny bieg, zwany „4 dycha do maratonu”. Takich „dych” było 4 a ta była ostatnia przed właściwym maratonem. W biegu brała udział szefowa naszego kolegi i choć miała za sobą 3 lata doświadczenia w bieganiu a moja Ania biegała dopiero od 4ch tygodni (wcześniej nie biegała i miała fatalną kondycję) i obie biegły docelowo na ten sam czas, to Ania w końcówce biegu wyprzedziła ją mijając bez zadyszki, z gracją a na mecie zostało jej trochę sił.
    Nie byłe pewien wtedy czy da radę przebiec maraton, wcześniej tylko słyszałem i czytałem o tym, że się da w tak krótkim czasie przygotować ale oboje wierzyliśmy że jej się uda.
    Nadszedł ten dzień. Bieg był ciężki i około 20 kilometra straciłem wiarę, że Ania sobie poradzi. Jednak ona biegła i biegła dalej.
    Udało się – dobiegła do mety. Czas fakt faktem był słaby ale ostatnia nie była 😉
    Osobiście nie uważam, że aby przebiec maraton potrzeba wielu miesięcy – chyba że dla podbudowy psychiki, ale wiem, że dla wielu moja opinia będzie mało warta, bo co ja tam wiem – przebiegłem tylko dwa maratony. Niektórzy wręcz się oburzą albo obrzucą mnie błotem w komentarzach. I fajnie. Niech się przygotowują nawet latami. Ja nie mam czasu by się użerać i udowadniać rację.
    Jednak znajdzie się paru takich co zechcą spróbować – a nuż się uda…
    Moja dziewczyna napisała o tym ebooka a ja zrobiłem do tego ebooka amatorską stronę sprzedażową. Zapraszam do zapoznania się: http://maratonblog.pl/
    Piszcie co o tym myślicie, jestem ciekaw waszych opinii.
    Gieorgij

  • Leave a Reply