Tokyo Marathon

Za namową grupy Szaleńców z Golden Team, a właściwie Mario pomyślałam, że fajnie byłoby polecieć do Japonii, ale gdzie tam mnie wylosują…. 7 sierpnia zapisałam się i dostałam numer 0000506429. Pozostało czekanie – ponad miesiąc na wyniki. I stało się! 26.09 sprawdziłam maila a tam:

Dear Ms. Aleksandra Madzik,

[ID-No: 506429]


Congratulations! You have been selected to run Tokyo Marathon 2014


Ucieszyłam się ale ogarnął mnie lekki strach. Tylko ja? Nikt więcej? Jak ja sobie poradzę..? Na szczęście przyjaciele nie zawiedli. Wsparcie było z każdej strony 🙂

Najważniejsza rzecz – opłacić pakiet startowy żeby nic nie przegapić. Potem to już z górki – bilet, nocleg, plan co chce zobaczyć bo przecież nie samym bieganiem człowiek żyje… jednak trochę tego jest…

Trener
Pomyślałam, że jeżeli chce coś osiągnąć nie robiąc sobie przy tym krzywdy to muszę to robić pod okiem fachowca. Wtedy wiadomo, że jest dyscyplina, mobilizacja i sukces murowany. Robert z Golden Team, już wcześniej wspominał mi o Ani, więc umówiłam się na wspólne bieganie, porozmawiałyśmy, pobiegałyśmy po lesie i zdecydowałam się. Wtedy wiedziałam, że to jedna z moich lepszych decyzji. Poczułam, że Ania wie o co mi chodzi, wiedziałam, że jestem w dobrych rękach.

Bilet

Jest ich mnóstwo ale na co się zdecydować żeby było optymalnie z każdej strony? Wiedziałam jedno – nie chce spędzić na lotnisku 10h czekając na kolejny samolot wiedząc, że jet lag na mnie czyha. Nie ważne przez jaki kraj byle krótko. Nie wiedziałam, które lotnisko wybrać, ale Marcin dał mi dobrą radę – Haneda jest blisko centrum ale z Narity jest bardzo dobra komunikacja. Bierz co lepsze dla Ciebie a które lotnisko to już mniej ważne.

Po miesiącu poszukiwań trafiłam na bardzo dobrą okazję i udało się kupić bilet w Emirates ze wszystkimi opcjami jakie chciałam. W dobrej cenie, z postojem 4h w każdą ze stron i przelot przez….Dubaj i ląduje na Naricie:) Kupiłam a to znaczy, że odwrotu już nie ma.  

 Hotel

Z hotelem nie było już tak prosto. Przeglądając booking.com nie wiedziałam na co się zdecydować. Co zrobić, żeby trafić na ten właściwy, z łazienką (naczytałam się, że to nie jest takie oczywiste)? Przez myśl przeszło mi, że fajnie byłoby zamieszkać w typowo japońskim hotelu, ale spanie na tatami (czyli tradycyjnej macie japońskiej) tuż przed ważnym startem, to nie jest zbyt dobry pomysł. W hotelach, które były blisko startu nie było już miejsc. Wtedy z pomocą przyszła Marta, koleżanka, która w Tokio była w maju ubiegłego roku. Poleciła hotel Horidome Villa. Sprawdziłam dojazd – 35 min metrem na start, najbliższa stacja metra jakieś 7min pieszo a do tego cena – ok. 200zł za noc- idealnie! No i były miejsca. 

Najważniejsze rzeczy mam więc teraz spokojnie mogłam trenować dalej i szykować się na wyjazd.

Nadszedł ten długo wyczekiwany czas. Urlop i wyjazd do Japonii. W dniu wyjazdu bardzo się stresowałam. Dotarło do mnie co się dzieje.  Jadę daleko, sama, w miejsce gdzie wszystko jest inne. Na lotnisko odwiózł mnie Robert,  kolega z grupy biegowej Night Runners. On chyba nawet nie wie, ile wtedy jego towarzystwo było warte. Na chwilę zapomniałam o tym co się dzieje i strach minął.  Gdy wsiadłam do samolotu, sprawdziłam co za filmy są dostępne i wybrałam jeden z nich. Jednak obok mnie siedział Darek, przemiły chłopak,  który potem okazało się jest modelem lecącym do Szanghaju.  Przegadaliśmy cały lot, potem 4h na lotnisku w Dubaju. Czas zleciał bardzo szybko a film musiał zaczekać na kolejny lot. Darek opowiadał o swojej pracy, pokazywał zdjęcia,  a ja o swojej pasji i pomyśle z Word Marathon Majors.  Gdy wsiadłam do samolotu lecącego do Tokio, zobaczyłam, że za mną siedzi mężczyzna w koszulce z maratonu w Nowym Jorku. Wiedziałam, że leci na tą samą imprezę.  Oczywiście zagadnęłam i wymieniliśmy się opowieściami o startach. To był dla Anthony’ego 5 z 6 WMM więc byłam ciekawa wszystkiego co dotyczy pozostałych maratonów.  Tras, emocji, organizacji. Potem okazało się,  że Anthony uzyskał czas 3:24 (życiówka)  a lat miał 59 😉 Jak sam powiedział,  za udział w Tokio zapłacił grube funty, ale bardzo chciał wystartować.

Z lotniska do hotelu dostałam się kolejką Skyliner, korzystając z promocji – dojazd z lotniska + 2 bilety dobowe na metro – do sprawdzenia tutaj . Polecam kupić od razu na lotnisku w obie strony – ja przegapiłam, pewnie ze stresu i potem niestety w samym Tokio nie ma tej opcji. Jest dostępna tylko na lotnisku.


Ambasada


Z Sebastianem, którego poznałam jeszcze w Polsce i z którym planowaliśmy wspólnie przebiec maraton, oraz jego kolegą Sławkiem spotkaliśmy się w piątek po ich przylocie i razem udaliśmy się do Ambasady Polskiej na spotkanie z Panią Konsul, Dominiką Jakimowicz. Jeszcze w Polsce ustaliliśmy dzień i godzinę wizyty. Niestety tu jak zwykle pomocni Japończycy pokierowali nas tak, że szukaliśmy ambasady ok godziny. Na nasze szczęście Pani Dominika okazała się bardzo wyrozumiałą i pogodną osobą. Przyjęła nas bardzo ciepło, opowiedziała o Japonii, o Polakach mieszkających tutaj i czego możemy spodziewać się w tym kraju. Potem zrobiliśmy wspólne zdjęcie przed budynkiem i z uśmiechem na twarzy pojechaliśmy odebrać pakiety na maraton. 


Expo

Gdy weszłam po odbiór pakietów…poczułam to. Emocje były ogromne i to jest ten stan, kiedy człowiek chce już być na linii startu. Wielkie napisy, drogowskazy i tysiące ludzi, którzy przyszli odebrać pakiet.  Do części, gdzie była weryfikacja dokumentów,  nie wpuszczali nikogo poza zawodnikami. Najpierw pierwsze sprawdzenie czy aby na pewno mogę wejść,  kolejna osoba sprawdziła dokumenty i pokierowała do właściwego okienka, mimo iż z daleka widać było, gdzie mam się kierować. Potem jedna pani sprowadziła czy wszystko się zgadza, a druga wydała pakiet. Kolejny punkt – sprawdzenie chipów i znów dwie osoby do weryfikacji – jedna od danych a druga od „odfajkowania” na kartce, że wszystko jest ok. U nas robi się to samemu 😉 potem już tylko koszulka do odebrania i można szaleć na expo i wydawać grube jeny na zakupy 😉

Na dzień dobry można było dostać zimne piwo w oszronionej puszce ale .. 0% 😉 potem ogromne stoisko Asics’a jako partnera głównego maratonu. Długie kolejki do kas, mnóstwo gadżetów z logo imprezy do wyboru, jakieś 40 rodzajów koszulek i ceny, które mocno mnie zaskoczyły. Spodziewałam się promocyjnych cen, a tu miałam wrażenie, że było wręcz odwrotnie. Ale z drugiej strony – jestem tu teraz, nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek uda mi się przylecieć, to pamiątkę chcę mieć.


W kolejnej część expo była reszta wystawców ale był tam  tak duży hałas, że ja po 30 min miałam dość.  Japończycy na co dzień spokojni i nie pokazujący swoich emocji, tu wykrzykiwali chyba wszystko co im w duszy gra. 

A kto jeszcze się wystawiał? 

Przede wszystkim firmy biegowe z nową kolekcją butów – Saucony np. miał nowe buty wydane specjalnie na maraton w Tokio, Mizuno z nową, ciekawą i bogatą kolekcją,  kilka firm, których ja nie znam no i moje największe zaskoczenie – The North Face. Firma mało znana u nas w Polsce jako biegowa, a tam, jak potem zaobserwowałam, druga po Asics marka w Japonii.

Do spróbowania były żele, ale ani w smaku, ani cenowo mnie nie zachęciły do zakupu. Tubka to jakieś 12 – 15 zł.

Zaciekawił nie też sposób doboru butów u jednej z firm. Pani biegła po bieżni a za nią „ekspert” nagrywał tabletem filmik. Dziwny sposób, ale może skuteczny 🙂 

Wymęczona hałasem i samym chodzeniem wróciłam do hotelu ale w głowie już była myśl,  że lada chwila jest ten dzień.

W sobotę oszczędzałam się jeśli chodzi o zwiedzanie Tokio, wieczorem przygotowałam owsiankę, ubranie, buty i całą resztę, więc spokojnie mogłam zasnąć. 

Nie było nerwów, stresu czy problemu z zaśnięciem, a dla mnie to był znak, że wiedziałam po co tam przyjechałam i że byłam gotowa na ten bieg. 

Maraton

Na ten start szykowałam się 14-ście tygodni. Dużo pracy, dużo wyrzeczeń, ale dziś wiem, że warto było.

Pierwszy raz od przylotu udało mi się przespać całą noc i to 7h więc rano wstałam wypoczęta. Na start przyjechałam tuż przed 8, a już wtedy był spory tłum. Mnóstwo przebierańców. Wtedy zazdrościłam im tego luzu, który widać było i w strojach i na twarzach jeśli te były odsłonięte.

Z Sebastianem poszliśmy szukać depozytów. Kierowaliśmy się informacją jaką mieliśmy na numerze startowym. Wcześniej postanowiliśmy jeszcze odwiedzić toalety, które były osobno dla mężczyzn i osobno dla kobiet. I tu się zgubiliśmy. Ponieważ mój depozyt był dość daleko, musiałam szybko gonić z myślą w głowie, że jesteśmy w tej samej strefie więc może uda nam się znaleźć tuż przed startem. Przez megafon pani popędzała, żeby szybko zostawiać swoje rzeczy, mimo, że czasu jeszcze sporo było. Gdy znalazłam swój depozyt, którym był samochód (potem wszystkie rzeczy zostały przewiezione na linię mety), mnie jedną obsługiwały 3 osoby. Pierwsza sprawdziła czy dobrze trafiłam, kolejna wzięła ode mnie worek żeby następnie przekazać go panu na samochodzie. 3 osoby – u nas jedna załatwiłaby wszystko 🙂

I tak jak myślałam, udało nam się z Sebastianem odnaleźć w strefie startu. Żałowałam, że nie mam telefonu, bo widok tego tłumu i rozsypywanego confetti w kształcie serduszek przy wystrzale startera – bezcenne. Dzień był chłodny, przyjemny, bezdeszczowy więc zabraliśmy stare ubranie, które zostawiliśmy na chodniku. Część ludzi miała na sobie folię, którą potem wrzucała do worków wolontariuszom na trasie. Byliśmy w strefie D a na trasę ruszyliśmy już po 3 min. Byłam przekonana, że postoimy z 8-10 min. Założyliśmy, że dajemy sobie 5 km na ustalenie tempa, ale Sebastian skutecznie parł do przodu i już po 2 km udało się wskoczyć w zamierzone tempo. Po drodze minęliśmy najpierw Adama, który chyba był mocno zaskoczony, że ktoś woła go po imieniu ale jak się ma imię wypisane na koszulce .. 😉 a potem Polkę, której imienia niestety nie znam. 

Po pierwszym pomiarze czasu na 5km mieliśmy kilkusekundowy zapas czasu w stosunku do zaplanowanego, przy kolejnych przewaga rosła więc cieszyłam się, że założone 3:20 jest osiągalne. Na 11km minęliśmy się z czołówką, która wtedy była już na 19km. Gdy byliśmy na 20km sprawdziłam czas i uśmiechnęłam się do siebie a powiedziałam głośno do Sebastiana: ” szykuje nam się życiówka w połówce”. Potem niestety wszedł mi silny ból w kark, nie wiem do dzisiaj od czego ale być może to stres, który tak się ujawnił na trasie. Postanowiłam ciut zwolnić dając znać Sebastianowi, że ja zostaję. Nie chciałam go zatrzymywać widząc, że ma siły i na pewno stać go na czas lepszy niż 3:20. W trakcie biegu rozmasowywałam sobie kark, pilnując czasu i tempa żeby nie stracić tego co miałam w zapasie. I jak na złość od 38 km zaczęły wyrastać podbiegi – nie pamiętam czy było ich 5 czy 6, ale skutecznie mnie osłabiły . Mimo to walczyłam dalej. Gdy zobaczyłam dmuchaną bramkę z napisem „last 195m” wyjęłam flagę Polski i dumnie z rękami w górze przebiegłam linię mety z czasem 3:20:31. Cieszyłam się, chociaż długo do mnie nie docierało co właśnie się stało. Za linią zobaczyłam Sebastiana. Nie widać było po nim zmęczenia, ale ogromne szczęście – 3:18:21 to Jego nowy rekord życiowy a biega zaledwie 1,5 roku.

Za metą czekała rzesza wolontariuszy którzy wręczali najpierw ręcznik i medal a potem owoce i napoje do picia oraz spray na obolałe mięśnie. Następnie, gdy weszłam odebrać swoje rzeczy z depozytu dwie rzeczy przykuły moją uwagę – to jak idealnie wszystkie worki były poukładane i rzesza wolontariuszy, która gratulowała ukończenia biegu, biła brawo i dziękowała za udział w biegu. Łza w oku się zakręciła…

Potem była strefa „umilaczy” 🙂 Najpierw akupunktura – osobne leżaki i kolejka dla mężczyzn – dla kobiet – za parawanem. Najpierw pani wymasowała mi obolały kark a potem ponakuwała „czymś”  i to pomogło bo po 3-4 godzinach ból ustąpił zupełnie. Po akupunkturze wybrałam się na moczenie nóg w wodzie z dodatkiem zakładam jakichś soli.

Dalej mnóstwo innych atrakcji – możliwość zrobienia sobie zdjęcia w laurze zwycięstwa, spróbować piwa 0%, które było sponsorem biegu, zrobić zdjęcie w strefie Seiko i poznać swój czas. Potem dotarłam do tablicy, gdzie były wywieszone wyniki 500 najlepszych kobiet i mężczyzn. Gdy zobaczyłam swoje 137. miejsce uśmiechnęłam się szeroko, bo przed startem marzyłam, żeby być w pierwszym tysiącu kobiet o 200 nawet bym nie myślała. Fantastyczne uczucie zająć takie miejsce na takiej imprezie.

Potem przedarłam się przez resztę atrakcji. Niestety już nie odnaleźliśmy się z Sebastianem więc wróciłam do hotelu marząc o prysznicu i małej drzemce ponieważ czułam, że dałam z siebie naprawdę dużo o ile nie 100%.

Na całej trasie widać było mnóstwo różnych przebierańców od faceta przebranego za złotą rybkę, po truskawki i postacie z bajek jak Buli. Nie było metra asfaltu na trasie,  gdzie by nie było kibiców – byli wszędzie głośno dopingując (nie wiem co krzyczeli bo tej części japońskiego nie opanowałam), ale widać było, że się cieszą i wspierają. Częstowali owocami, czekoladkami i innymi słodyczami, których nie próbowałam bojąc się, co powie na to mój żołądek. 

Coś co jeszcze zwróciło moją uwagę  – częste strefy nawadniania, dobrze oznaczone z pojemnikami na puste opakowania. Dzięki temu zawodnicy nie wbiegali w stertę kubków z ryzykiem przewrócenia się. Strefy były długie, nie było tłumów i nie traciło się sporo czasu w tej części biegu. Duży plus!

Druga rzecz – toalety. Pierwszy raz spotkałam się na biegu nie tyle z ilością (było ich sporo), co sposobem jaki były przygotowane. Oznaczone, zrobione dokładne zbiegi z trasy i bezkolizyjne wbiegi znów na trasę. Nie widziałam do tej pory tak fantastycznego rozwiązania, które sprawiało, że zbiegający nie przeszkadzali innym.

Mój zegarek pokazał że sporo więcej nabiegałam, ale z tego co rozmawiałam z innymi, mieli podobny przypadek więc nie wiem czy jest możliwe aż tyle nadrobić w czasie biegu czy zwyczajnie trasa była źle oznaczona. 

W trakcie maratonu zauważyłam, że najpopularniejszą marką u nich jest Asics i The North Face. Nie widać w ogóle Nike, Adidasa czy Pumy chociaż ta ostatnia wystawiała się na expo. Jest trochę Mizuno i Saucony ale reszta tak jakby ich na rynku nie było.

Japończycy są mistrzami jeśli chodzi o organizację. Wszystko było dopięte na tip top. Ale żeby nie było tak kolorowo 🙂 Minus za brak jakichkolwiek informacji, że tak wielka impreza jak maraton z tak wysokiej półki dzieje się w mieście.  Jedynym punktem, gdzie widziałam informację,  była kawiarnia, którą mijałam podczas wybiegania przed startem. Poza tym nic. Jakby miasto nie żyło taką wielka imprezą. Nawet w metrze, które było jednym z głównych sponsorów nie było żadnych plakatów.  Gdy dojechałam razem z Sebastianem po odbiór pakietów,  wysiedliśmy na właściwej stacji ale przez to że nie było żadnych wskazówek,  Tokio Big Sight, czyli miejsca gdzie odbywało się expo, szukaliśmy go godzinę, a to było ok 400m od kolejki. Niestety nadzwyczaj pomocni Japończycy,  słabo mówiący po angielsku,  nie potrafili nam pomóc.

Podsumowując – gdybym jeszcze kiedyś w życiu miała możliwość wystartowania w maratonie w Tokio – jadę w ciemno. Impreza bardzo mi się podobała, świetnie zorganizowana poza małymi minusami ale nie są one tak istotne przy plusach, których jest znacznie więcej, no i chętnie policzyłabym się z tymi podbiegami co to siły mi odebrały na koniec 🙂 

Maraton ten dedykuję swojemu Tacie – to dzięki Niemu pokochałam sport, zawsze mnie wspierał a teraz, kiedy sam dochodzi do zdrowia po ciężkiej operacji, kiedy nie może, póki co uprawiać sportu, dzielnie mi kibicuje razem z Mamą. Obiecał mi kiedyś, że jeszcze razem pobiegamy a ja cierpliwe czekam bo wiem, że dotrzyma słowa. Po kimś ten upór i waleczność przecież mam 🙂

A co miałam na sobie w dniu startu? 

Koszulka od Nessi, która idealnie mi się sprawdziła – zero obtarć, idealne wchłanianie, pomocna kieszonka bo gdzieś flagę schować musiałam 🙂 

Opaska na włosy od Nessi – świetna bo doskonale chroniła przed wiatrem w czasie biegu, nie czułam w ogóle, że mam ją na głowie a jednocześnie było mi ciepło

Skarpetki od Nessi – najlepsze jakie miałam do tej pory; zapomniałam co to pęcherze po bieganiu.

Spodenki kompresyjne- bez nich nie ruszam się na maraton – u mnie działają o tyle cudownie, że na drugi dzień po starcie w Tokio pojechałam zwiedzać Kioto i nie czułam dyskomfortu, mogłam normalnie chodzić.

Opaski kompresyjne BV Sport – podobnie jak spodenki – nie ruszam się bez nich a kompresja działa cudownie

Rękawiczki Asics kupione podczas expo jako pamiątka 

Buty Saucony Kinvara 3 – świetnie mi się sprawdziły i pewnie pojadą ze mną na kolejny start

Zegarek TomTom MultiSport – idealnie sprawdził się w trakcie biegu – bez problemu kontrolowałam sobie tętno, średnie tempo oraz aktualne tempo – wszystko co było mi potrzebne, żeby wiedzieć czy 3:20 jest możliwe.

Podziękowania

Dziękuję Ani, trenerce,  za serce, cierpliwość, czas i wysiłek jaki włożyła w przygotowanie mnie i to co osiągnęłam, to jest w połowie Jej sukces. Bez Niej nie czułabym się tak spokojnie i pewnie, tego co zaplanowałam.

Dziękuję firmom Nessi, TomTom oraz Higl Level Center  za zaufanie, za pomoc w organizacji wyjazdu  i możliwość biegania w ich produktach. To był zaszczyt móc Was reprezentować na takiej imprezie.


I dziękuję tym wszystkim, którzy mi kibicowali, wierzyli we mnie, zarwali noc, żeby śledzić moje poczynania – wierzcie mi, że byliście ze mną na trasie i w chwilach zwątpienia, które chyba każdy ma, pomagaliście i dawaliście podmuch pod buty, żeby biec dalej.


Dziękuję!


 


Wynik:

3:20:31 i 137. miejsce wśród kobiet i nowa życiówka



Statystyki:


W maratonie wzięło udział 35 556 ( w tym 28 na wózku) osób z czego ukończyło 34 146 co daje 96%


Mężczyźni:  było 28 048 ukończyło 27 193  (97%)

Kobiety:       było 7 480  ukończyło 6 928 (92,6%) – a ja na 137. pozycji!


Obcokrajowcy:


Mężczyźni: było 3 780 ukończyło 3 644 (96,4%)

Kobiety:     było 1 276 ukończyło 1 130 (88,6%)



14 tygodni treningów w tym 60 jednostek treningowych

Przebiegniętych w sumie km – 741,74

Spalonych kalorii – nie sprawdzam bo może wcale nie być tak różowo 🙂