30th Marrakech Marathon

bieganie, expo, maraton, podróże

Maroko było na mojej liście krajów do zobaczenia od dawna. To przez znajomych, którzy jeździli tam często i opowiadali o nim z zachwytem w oczach. A jak najłatwiej polecieć? Zapisać się na maraton 🙂

W listopadzie, podczas luźniej rozmowy z Mariuszem – trenejro, opowiedziałam mu o pomyśle wyjazdu na bieg. Jest jednym z tych, którzy wracają co jakiś czas do Maroka. Tydzień później zadzwonił, że zaklepał nocleg i właśnie patrzy na loty. Wiedziałam, że decyzja jest jedyna i słuszna czyli, że ja też jadę.

W piątek po pracy poleciałam do Londynu, by razem o 6 rano ruszyć z lotniska Stansted do Marrakeszu. Wylądowaliśmy chwilę po 10, ale zanim przeszliśmy wszelakie kontrole i zakupiliśmy ichniejszą walutę, to zeszło się sporo czasu. W kolejce poznałam Piotra – triathlonistę, który podobnie jak ja planował biec maraton. Mariusz i jego koleżanka Justyna przylecieli na półmaraton.

Dużym dla nas ułatwieniem był fakt, że Mariusz orientował się w Marrakeszu, bo był tu kolejny raz. Z dobrych wskazówek, które się przydały była taka, żeby nie brać taksówki na lotnisku (koszt około 200 dirhamów do Centrum), a przejść kawałek dalej do główniejszej ulicy i złapana tam taksówka oferowała tą samą usługę już za 70 dirhamów. Polecam taką opcję gdybyście się wybierali. Dodam, że była nas czwórka osób z bagażami, więc potrzebowaliśmy większej taksówki.

Zameldowaliśmy się w hotelu i poszliśmy piechotką na expo odebrać pakiety. Na miejscu zorientowaliśmy się, że są dwie firmy sprzedające pakiety na ten bieg i różniły się chyba tylko kolorem koszulki, którą się dostawało. Samo expo było malusieńkie, na zewnątrz i poza innymi biegami, które się reklamowały i jednym stoiskiem z gadżetami z biegu, niewiele było. Cena pakietu to 75 euro jeśli dobrze pamiętam, więc nie za dużo, ale też i nie mało.

Słońce mocno dawało w kość i już oczami wyobraźni widziałam siebie kolejnego dnia na trasie… Wybraliśmy się na krótki spacer po mieście, oglądanie straganów i w poszukiwaniu pizzy jako źródła węglowodanów przed biegiem. Od jakiegoś czasu praktykuję pizzę zamiast makaronu i super się to sprawdza.

Poszliśmy spać około godz. 22-22:30. Rano pobudka o 6 na śniadanko, toaletę i zebraliśmy się o 7:45 z hotelu. Do startu mieliśmy niecałe 2km, a ranek był rześki. Start maratonu zaplanowano na 8:30 a półmaratonu na 9.

Kiedy się rozgrzewałam, zaczęłam szukać kibelków, ale było ich strasznie mało. Ustawiłam się w kolejkę, ale 15 min było za mało żeby zdążyć. Krótka kalkulacja w głowie i stwierdziłam, że pewnie znajdę coś na trasie, a chciałam iść profilaktycznie 🙂 Wpadłam na start i zaraz ruszyliśmy. Zauważyłam, że nie było specjalnie tłumów na trasie, ale za to sporo Polaków, co było miłe. Co jakiś czas ktoś podbiegł, chwilę pogadał i leciał dalej. To co było niespotykane, to bardzo mało kobiet na trasie. W sumie w maratonie udział wzięło 187 przedstawicielek płci pięknej.

Plan na bieg był prosty. Dopóki słońce nie wyjdzie, to próbować biec poniżej 4h, a jak wyjdzie zza chmur… to zobaczymy co będzie. Pierwszy kilometr: 5:10. Za szybko, jak w Warszawie. Próbowałam zwolnić 5:29, 5:23, 5:21. Ciągle za szybko. W głowie miałam słoneczny sobotni dzień i wiedziałam, że jeśli pobiegnę teraz szybko, to potem może być kiepsko. Na 5km był punkt z wodą… ale bez toi tojka,  a ja już czułam potrzebę, żeby go dopaść. Biegnę dalej, widzę krzaki.. no nic – mus to mus. Wróciłam na trasę, ale taki krótki postój wybił mnie już z rytmu. Zwolniłam, ale tempo było właśnie takie, jak chciałam.  Mgła wisiała cały czas nad miastem, momentami było mi nawet chłodno. Niestety, ale widoków nie mieliśmy praktycznie żadnych. To znaczy jakieś były, ale nie takie jakich się spodziewałam do podziwiania ;-). Z  drugiej strony wolałam to, niż palące słońce. Od mniej więcej 13km, kiedy na rondzie zawróciliśmy koło toru formuły E, zaczął się długi, prawie 2km zbieg. Tempo od razu skoczyło do 5:14-5:19. Znów za szybko, ale widziałam, że jest z górki. Kilkukrotnie mieszaliśmy się z półmaratończykami. Trzeba było pilnować trasy, żeby się nie zagapić. Ta była dobrze oznaczona kolorami: niebieski to maraton,  żółty to półmaraton. Były strzałki na ulicach, tabliczki i czasem też wolontariusze. Oznakowanie kilometrów było za to w cały świat. Raz było, drugi raz nie. Na zegarku miałam prawie 7km a zobaczyłam tabliczkę 5km mimo, że ta właściwa na 5km była wcześniej i w dobrym miejscu. Na 20km zobaczyłam pierwszy kibelek, a zegarek pokazał mi, że mam rozjazd prawie 800m. Sporo, ale pamiętałam, że w Warszawie Garmin też się pogubił. Dużym zaskoczeniem była potem tabliczka 21km za jakieś 600m. Więc jeśli planujecie tam biec, to nie ufajcie do końca znakom. One mogą być na 27km, a kolejne na 34km 😀 Punkty z wodą były co 5km jeśli dobrze pamiętam. Pojawiały się też pomarańcze i daktyle. Widziałam punkty z gąbkami z wodą, ale nie korzystałam. Od 21-22km biegłam z Polakiem i gadaliśmy chwilę ogólnie o wrażeniach z tego maratonu, ale też z innych biegów. Byłam przekonana, że pobiegniemy razem do końca, ale moje jelitka postanowiły coś innego. Zostałam w toi toi na 28km. Nie spiesząc się podjęłam decyzję, że nie ma co za wszelką cenę walczyć o 4h skoro dzisiaj nie jest mi to dane. Ewidentnie nawalił sprawdzony wcześniej na treningach żel, ale w połączeniu ze wszystkim czynnikami miał prawo. Powoli dreptałam do mety. Na 35km skusiłam się nawet na pomarańczę, bo cóż ryzykowałam? Najwyżej kolejny postój. Po 39km z tempa praktycznie 6:00 dostałam jakby nowe życie (może to ta marokańska pomarańcza? ;-)) i goniłam do mety. 5:40; 5:27;5:28;…. tylko kto wymyślił podbiegi na koniec? O ile całą trasę miałam wrażenie, że biegniemy w dół, to wiedziałam, że gdzieś będzie pod górkę skoro wracamy w to samo miejsce. Tylko czemu na koniec?!

Na mecie otrzymałam słaby medal – sami oceńcie. Identyczny był dla obu biegów niezależnie czy kończyło się maraton czy półmaraton. Nie było ciepłego posiłku, ale była siateczka z dwiema mandarynkami, bananem i wodą…

Ogólnie trasa była ok. Myślę, że jeśli ktoś by chciał zrobić dobry wynik, to jest taka możliwość. Jeśli trafi w pogodę jak my, bo słońce było dla nas łaskawe i wyszło dopiero po południu.

Czwarty kontynent zaliczony 🙂

 

poprzedni
następny

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply