5 PKO Półmaraton Białystok

bieganie, podróże, półmaraton

Rok temu nie dotarłam. Byłam wtedy w Krakowie podczas maratonu. Śledziłam wpisy znajomych i po cichu im zazdrościłam. Wiedziałam, że chcę tam jechać. Słyszałam same dobre słowa o tym biegu, mimo że trasa nie należy do łatwych. Zapisałam się i grzecznie czekałam na maj.

Spotkałam się z pytaniem czy robię 52 półmaratony w 52 tygodnie, bo był to 3 z kolei bieg. Po mocnym starcie w USA, równie mocnym biegu w Kielcach, zdecydowałam, że w Białymstoku pobiegnę spokojnie i .. poprowadzę Basię na czas. Wiem, ile znaczy prywatny zając dla biegacza, ale wiem też jakie to odpowiedzialne zadanie. Kiedy powiedziałam o tym Basi, nie chciała się zgodzić bym „straciła” bieg dla niej. Miałam całą drogę w samochodzie na przekonanie jej, że ja naprawdę tego chcę.

Prosto z trasy pojechaliśmy po pakiety. Szybko, sprawnie i bez kolejek. Bardzo mili wolontariusze, którzy cały czas się uśmiechali i wszystko tłumaczyli. Obowiązkowo „zaliczyliśmy” zdjęcie na ściance. Spotkałam tam Mateusza Jasińskiego, więc nie mogłam sobie odmówić wspólnego zdjęcia. Obeszliśmy expo i udaliśmy się do mieszkania. Polecam poszukać czegoś wcześniej, bo w ostatnich dniach ciężko o znalezienie spania blisko startu. Nasze lokum było jakieś 800-900 metrów od startu.

Rano zjedliśmy śniadanie (chlebek z dżemem i „nutellą”), spakowaliśmy rzeczy do samochodów i ruszyliśmy ku przygodzie. Na ten bieg zjechało się mnóstwo znajomych, co chwilę gdzieś stawaliśmy, rozmawialiśmy, ale obowiązkowo przed –  jeszcze wizyta w ToiToi i rozgrzeweczka.

Plan był złamać 2h. Basi życiówka to 2:05:35. Obiecałam sobie, że nie wrócimy z pustymi rękoma do Warszawy, ale jak widziałam to piękne słońce…no cóż. Będziemy walczyć.

Ustaliłam z Basią, że biegniemy równym tempem, spróbujemy na początku ciut szybciej, żeby złapać cenne sekundy. Wiedziałam tyle, że trasa ma kilka podbiegów, ale nie wiedziałam  jak dużych. Najgorszy czaił się na końcu – na 19km. Początek super, musiałam spowalniać Basię. Pilnowałam, żeby było nie za szybko. Na 4km odpiął się Basi numer startowy. Zdjęłam jej pas i próbowałam przypiąć numer agrafkami. W ten sposób nie zauważyłam pierwszego punktu odżywiania…i nie wzięłam wody dla nas. Zła byłam kiedy zorientowałam się km dalej, że go minęłam. Sprawdzałam wcześniej na mapie i wiedziałam, że powinien tam być.

Na tym pechowym 4km zaczął się długi podbieg. Widziałam, że Basi jest ciężko, ale próbowałam zagadywać ją jak mogłam. Temperatura dawała w kość. Ale jak to kiedyś powiedział mi kolega – jeśli jest w górę, to musi być w dół, skoro meta jest tam gdzie start. Na 6km zaczęłyśmy zbiegać. Minęłyśmy Spartan i oczywiście chciałam zrobić Jej pamiątkowe zdjęcie.

Na 9 km pierwszy żel. Pilnowałam, żeby Basi niczego nie brakło, żeby miała siły na całą trasę, ale najważniejsze… żeby się nie odwodniła. Na 10km zaczęła się dla mnie najpiękniejsza część półmaratonu – długa prosta po zacienionej ulicy 11 listopada, która potem skręca na kampus Uniwersytetu Białostockiego i powrót na 11 listopada. To było zdecydowanie to miejsce, gdzie chciałabym zostać. Potem Basia odzyskała siły. 15, 16,17 km to równe tempo po 5:40. Trochę wolno na łamanie 2h, ale ciągle był zapas i ciągle wierzyłam, że damy radę. Na 18km ostatni z 4 punktów odżywczych. Wierzyłam, że on da Jej siły na ostatnie 3km. A Basia stanęła. Powiedziała: ” Nie mam sił. Nie dam rady”. To jest taki moment, że chciałoby się oddać wszystko, żeby swoje siły przelać na tą drugą osobę. Próbowałam różnych sztuczek, rozmów. Ruszyła… 400m..500m… i widzę znów rezygnację. Kiedy dobiegłyśmy do najgorszego momentu czyli 19km i podbieg, wiedziałam, że nie mogę jej dać się zatrzymać. Szans na złamanie 2h nie było, ale chciałam walczyć o nową życiówkę. Wmawiałam Basi, że nic ją nie boli, że ma siły, że to już ostatni podbieg, ostatnie 10 metrów a potem już prawie meta. Opowiadałam, żeby wyobraziła sobie jakby biegała parkrun, że to ostatnia pętla z jej ursynowskiego parkrun’a.

Nie wiem skąd wzięła siły na ostatnie 100m i mimo, że mówiła, że sił nie ma – pocisnęła końcówkę. Ostatecznie wykręciła 2:01:55 i poprawiła czas o 3,5 min! Jestem z Niej dumna i wiem, że ma serce do biegania. Tylko głowa jeszcze tego nie wie.

Łzy na mecie są dla mnie cenniejsze niż słowo „dziękuję!”. To, że mogłam pomóc jakkolwiek to jest mega fajne uczucie. Strach jest zawsze jeśli biegnę jako prywatny zając, boję się do ostatnich metrów czy się uda, ale te emocje na mecie są warte tego strachu. Polecam! Pomyślcie czasem o swoim znajomych, pomóżcie im zrealizować marzenia. Ja wiem, że warto i na pewno nie „straciłam” biegu, a zyskałam cenne doświadczenie.

Wiem już co ciągnie wszystkich do Białegostoku. Rozumiem tą magię. To impreza jedna z lepszych na jakich byłam. Robiona przez biegaczy dla biegaczy. Z sercem, z pasją i radością. Chociaż bardzo bym chciała się czepić – nie mam czego. 4 punkty z wodą na trasie, na mecie wanna z lodem, mnóstwo jedzenia regionalnego i uśmiechnięci wolontariusze. Kibice na trasie dawali power i było ich naprawdę sporo.

Na koniec udało mi się złapać Marcina i Damiana i zatańczyć Bombi Dance … w fontannie.  Marcin dzięki za cynk! Uwielbiam taniec z Wami <3

poprzedni
następny

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply
    Kris
    16 maja 2017 at 09:02

    Wszystkiego doświadczyłem o czym piszesz Olu. Może prócz fontanny 😀 Świetna impreza i mimo, że mamy wtorek emocje wciąż trzymają. Gratuluję! Wiem, że takie życiówki cieszą bardzo 🙂

    • Reply
      poranamajora
      15 czerwca 2017 at 20:59

      Dziękuję! Bawiłam się cudnie! Fontannę musisz spróbować 🙂

    Leave a Reply