Festiwal strachu w Krynicy

bieganie, expo

ffff

Zaproszenie na Forum Sport Zdrowie Pieniądze w Krynicy podczas Festiwalu Biegów przyjęłam z ogromną radością. Zapisałam się na dwa biegi … i skupiłam na treningach pod inny start. Czas uciekał, a ja byłam w polu z prezentacją. Siadłam i zastanowiłam się co ja chciałabym tym ludziom powiedzieć jak przyjdą mnie posłuchać? Co ja na ich miejscu chciałabym usłyszeć? I wtedy mnie olśniło – a jak nikt nie przyjdzie? 


W piątek wzięłam wolne w pracy i razem z Julą, Beatą i Damianem ruszyliśmy ku Krynicy. Zawsze chciałam tu przyjechać, ale ciągle było jakieś ale… inne biegi, za daleko, nie pasuje w planie treningowym. I wiecie co? Żałuję, że tak późno tu dotarłam. Magię Festiwalu poczułam już w piątek zwiedzając Krynicę, spotykając znajomych czy szwendając się na expo. O 21 wyświetlany był film „Dymus dokument”. Wreszcie mogłam go zobaczyć i tłumy ludzi, które przyszły wcale mnie nie dziwiły. Pojawił się za to strach przed tym co mnie czeka w sobotę o 16:00. Ale wcześniej biegi. Dwa – 600m Bieg dla Kobiet i Życiowa Dziesiątka. 

Nocowałam w sanatorium. Winda pamięta czasy komuny, ale nie-profesjonalną słit-focię można zrobić. Tyle, że ta winda była wyłączona o 21 – „bo głośno jeździ”. No nic – w sumie 4 piętro to nie tak wysoko a i darmowy budzi o 7 rano, kiedy na nowo była włączona, przydał się. Przygotowałam wszystko na bieg i czekałam, żeby spokojnie po 9:00 wyjść na start, rozgrzać się trochę  i dotrzeć przed 10:00. Te 600m to miała być raczej zabawa, bo nigdy nie startowałam na takim dystansie. Ale o 8:30 dostałam wiadomość od Juli, że Damian miał problemy i zszedł z trasy 100km. Szybka decyzja – jedziemy po niego. Jula ma problem ze stopą i porusza się o kulki, więc wiedziałam, że nie pojedzie. Wskoczyłam w buty i dzielące nas 2,5km, pobiegłam z nawigacją w ręce, traktując jako rozgrzewkę. Okazało się, że Damian jest dobre kilkadziesiąt kilometrów od nas i na pierwszy bieg na bank nie zdążę. Życiowa Dycha stała pod znakiem zapytania. Na szczęście problem Damiana nie był tak poważny, żeby jechać do szpitala, więc szybciochem wracaliśmy do Krynicy. I gdy tak wesoło sobie rozmawialiśmy w drodze powrotnej, olśniło mnie, że mój chip został w pokoju. Numer startowy na pasku miałam ze sobą, ale chip był montowany w buta. Nie ma szans, żebym po niego zdążyła jeśli wiem, że mogę w ogóle nie zdążyć na start. Trudno, co ma być to będzie. Są priorytety w życiu, a biegów jeszcze kilka, mam nadzieję pobiegnę. Na start wpadłam 3 minuty przed czasem. Nie miałam czasu na rozmyślaniu o biegu, taktyce i stresie. Zdążyłam jeszcze na szybką wizytę w toitoi i było odliczanie. Pierwsze 800m to była runda honorowa, bo „prawdziwy” start był dalej. Dziwiłam się czemu ludzie tak wolno truchtają, ale nie miałam o tym pojęcia…. Przypomniałam sobie dwa wpisy z mojego fanpage, dobre rady, od tych, którzy już tu biegli. Pierwsze 5km jest z górki a potem płasko więc nie goń. To miałam w głowie. Prawie jak w Bostonie. To umiem, to potrafię. Zwolnić, nie gonić i zachować siły. Pierwsze 5km zleciało szybko, fajnie a potem jakby ktoś przekręcił mi kurek w głowie – po co Ci to? Jest gorąco, chce Ci się ścigać? I zaczęło się. Walka o metry, żeby nie zejść. Na 7km zdjęłam koszulkę – nie dawałam już rady w niej biec. Przeliczałam w głowie odległość i tempo. Jeśli utrzymam to 45min powinnam złamać. Podczepił się do mnie, jak potem się okazało, Tomek. Myślałam, że chce razem biec, że to jego tempo, ale wyszło, że on biegnie na luzie. Rzucił mi 500 metrów przed metą – „powkurzam Cię do końca”. Założyłam koszulkę. Za zakrętem wiedziałam, że jest meta, ale też i mostek. Słyszałam o nim. Nogi już nie chciały słuchać głowy, mówiłam do Tomka, że nie mam sił. A on do mnie:” za tobą biegnie facet. Nie daj się wyprzedzić. Możesz pocisnąć jeszcze”. I mogłam, faktycznie. Na mecie powiedział mi , że oszukiwałam skoro miałam jeszcze siły na taki finisz. Być może to te resztki, które zachowałam z głową na pierwszych kilometrach? Czas wg mojego zegarka 43:16 to czas poprawiony o 5 min z czerwca. Chyba wróciłam na dobre do biegania 🙂 Nie wiem, która byłabym w klasyfikacji, bo nie chce sprawdzać. Wiem jedno, biegłam dla siebie a nie dla miejsca na liście. Chciałam zobaczyć czy dam radę biegać jak dawniej. 


Na mecie woda, banan i autobus, który miał nas wywieźć z Muszyny do Krynicy. Kiedy wpadłam do pokoju, poczułam to. Strach?Tremę? Stres? Wiedziałam, że jestem przygotowana, że wiem o czym chce mówić, że mam dwa pendrive z prezentacją, gdyby jeden nawalił, ale co jak nikt nie przyjdzie? 16 to godzina, kiedy część ludzi kończy 100km czy 64km albo wyrusza na bieg 17km… Wiedziałam, że na pewno przyjdą „moi”, z którymi przyjechałam. Najwyżej poopowiadam im to co przygotowałam. Było kilka osób, nie wiem ile, bo nie miałam głowy do liczenia, ale ciesze się, że po raz kolejny przekroczyłam „strefę komfortu”, bo zdecydowanie wolę biegać niż gadać. No dobra – wiem, że jestem gadułą, ale opowiadanie o Majorsach innym jest dla mnie zawsze wyzwaniem. I gdzieś wewnętrznie podoba mi się to. 

Po moim wystąpieniu, swoją kolej miał Artur Kozłowski. Fajnie mieć na wyciągnięcie ręki olimpijczyka z Rio, móc posłuchać o jego doświadczeniach. 

Jeśli zdrowie pozwoli, chcę przyjechać do Krynicy za rok. Spodobało mi się tu wszystko. No może poza moją windą, która nie pozwalała się wyspać, bo za blisko sąsiadowała z moim pokojem. Ale tej atmosfery, tych  chwil, kiedy widzisz innych jak wbiegają na metę, ich radość a już o dzieciach nie wspomnę – chyba nie widziałam, na żadnej innej imprezie. 

Dzięki Grzegorz, za zaproszenie i że mogłam być częścią tego wydarzenia.

poprzedni
następny

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply