Półmaraton Wtórpol

10km, bieganie, podróże, półmaraton, półmaratony, trening

Półmaraton Wtórpol to nie jest zwykła połówka. To bieg, który chodził mi po głowie od kilku lat z racji tego, że jest w rodzinnych stronach, ale zawsze było „coś”. W tym roku postanowiliśmy z przyjaciółmi, że zamienimy warszawski bieg na świętokrzyski.

Szykując się do maratonu we Florencji, chciałam się skupić bardziej na treningach. Mniej startować w zawodach, przykładać się do treningów i starać nie opuszczać nawet jak były upały. Na Wtórpol zapisane miałam w tabeli – II zakres, tyle, że do tej pory taki trening robiłam na bieżni, gdzie nie ma górek. A świętokrzyskie górek troszkę ma.

Uznaliśmy zgodnie, że nie będziemy jechać na wariata w niedzielę rano, a na spokojnie pojedziemy w sobotę, zrobimy sobie pasta party po kielecku i przy okazji odwiedzę też rodziców. Padający od wieczora deszcz nie był zachęcający, ani do zwiedzania Kielc, co zaproponowałam znajomym, ani do biegania na drugi dzień. Tylko spanie dobrze wychodziło w taką pogodę.

Wyjechaliśmy z Kielc tuż przed 9 rano, udało się znaleźć jeszcze miejsce parkingowe niedaleko startu, ale o rozgrzewce nikt z nas nawet nie chciał rozmawiać. Raczej zastanawialiśmy się czy nie wybrać się na kawę, a bieg odpuścić. Zmusiliśmy się do wspólnej rozgrzewki i truchtania, ale wiadomo już było, że o szybkim bieganiu w takich warunkach możemy zapomnieć. U mnie włącza się jeszcze ten tryb „ostrożnie”.

Trasa 10km i półmaratonu zaczyna się w tym samym miejscu. Połówka ma potem nawrotkę do zrobienia i drugi raz na tą samą trasę. Nie lubię pętli. One zawsze kuszą do złego, żeby zejść, odpuścić. Czasem są też zbawieniem jak dla naszej JoAsi, która nabawiła się kontuzji i drugiej pętli nie zrobiła. Jest jeszcze jedna rzecz – nie wiem czy dobra czy zła – ale na pętlach wiesz co Cię czeka. Wiesz z czym walczyłeś/walczyłaś na pierwszej i teraz będzie to samo, tylko ciężej, bo nogi zmęczone. Tak miałam kiedy zobaczyłam pierwszy podbieg. Miałam wrażenie, że ciągnie się całą wieczność, a to było może z 1,5km. Nawet potem jak już było „płasko”, nogi nie chciały pracować. Zbawieniem był zbieg. Nogi rozpędzone niosły i zamiast 4:37, które miałam w planie, biegłam 4:15-4:20. Wiedziałam, że muszę zwolnić, bo to co zbiegłam za chwilę muszę podbiec. Padający deszcz wcale nie pomagał. Nawet się do niego przyzwyczaiłam, do mokrej i ciężkiej koszulki, chlapiącej wodzie w butach. Krzyś, który biegł ze mną 18km biegu, zapytał: „Nie przypomina ci to Bostonu?”. Wtedy powiedziałam „nie”, ale potem uzmysłowiłam sobie, że warunki podobne. Zimno, deszcz i górki.

Kiedy biegasz w „swoich” stronach, zawsze możesz liczyć na doping. Chłopaki z „Drużyny Bartka”, którzy byli zającami na różne czasy, prześcigali się w pomysłach na dopingowanie. Bardzo Wam za to dziękuję! Dużo łatwiej wtedy pokonuje się górki.

Cały czas miałam też przed oczami Kasię. Była moją motywacją. Wiedziałam, że jest u siebie i zna ten teren, ale liczyłam, że podobnie jak w Kielcach, trochę razem pobiegniemy. Niestety na drugiej pętli zrobiła spory dystans między nami i tylko z daleka widziałam jej fioletową koszulkę. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś razem chociaż przez chwilę pobiegnąć.

Ostatecznie na metę wbiegłam jako 13 kobieta, ale udało mi się zając 3 miejsce w kategorii wiekowej, co bardzo mnie ucieszyło, a czas: 1:37:25 daje średnią… 4:37, czyli tyle ile planowałam biec trening. Trudno jednak na tej trasie utrzymać równe tempo.

Na mecie zobaczyłam coś, czego nie widziałam nigdzie indziej: ciasto! ogromne ilości ciasta, świeże owoce: arbuzy, pomarańcze, pączki (nie jadłam!). Byłam przekonana, że to jedyne co jest w ofercie po biegu, ale myliłam się bo był jeszcze ciepły posiłek: makaron z sosem i kurczakiem –  przepyszny.

Chylę czoła przed organizatorami, że mimo pogody udało im się zebrać sporą liczbę zawodników, mieć wspaniałych wolontariuszy, którzy z uśmiechem podawali wodę czy chociażby jedzenie na mecie. Brawo! Organizacyjnie dla mnie super. Ogromny plus za pakiet: fajowa koszulka bez „pierdyliarda” napisów z przodu, a do tego pakiet bez ulotek.

Trasa może jest i ciężka, ale mnie kusi, żeby jednak przyjechać tam za rok. Polecam bieg szczególnie małżeństwom, gdyż jest taka kategoria i w nagrodę można otrzymać weekend w górach. Sami oceńcie czy warto. Ja namawiam.

 

 

poprzedni
następny

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply
    Ewa
    26 sierpnia 2017 at 20:35

    Gratulacje! I dzięki za pomysł. Mój mąż zobaczył na Twoim fb info o tym półmaratonie i po 10 minutach byliśmy już zapisani. Na 10 rocznicę ślubu zajęliśmy 10 miejsce jako para :).

    • Reply
      poranamajora
      30 sierpnia 2017 at 22:04

      wow!! super! Gratulacje bo to super wynik!
      Myslisz, że za rok znów się wybierzecie?

    Leave a Reply