REVEL Mt Charleston Halfmarathon 2017

Bez kategorii

Obiecałam sobie, że pojadę na urlop, gdzie nie będzie zawodów, sam trening tak o. O wyjeździe do USA rozmawiałam z Gosią jeszcze w 2016 roku. Planowała z mężem jechać do parku, w którym nie byłam. Ustaliliśmy, że długi weekend majowy będzie dobrym terminem. Jadąc do Antelope National Park zaplanowaliśmy postój w Las Vegas. Coś mnie podkusiło i zaczęłam szukać biegów…Bo akurat weekend…bo może zobaczę jakiś mniejszy bieg za granicą. Znalazłam REVEL Mt Charleston – maraton i półmaraton. Ponieważ start był o 6:30 wiedziałam, że nie zepsuje nam to planu dnia związanego ze zwiedzaniem.

Zapisując się przez Facebooka miałam 5$ zniżki. Do tego możliwość wyboru koszulki przed biegiem – długi czy krótki rękaw? a może na ramiączkach? Co kto chce. Była też możliwość odbioru pakietu w dniu biegu, ale 20$ wolałam wydać na inne przyjemności.

Samo expo małe i raptem kila stoisk. Nie zaglądałam bo… brakło nam czasu.

Koszulkę, którą wybrałam mogłam przymierzyć i w razie potrzeby wymienić na inny rozmiar. Dodatkowo w pakiecie były rękawiczki i folia NRC, bo rano było naprawdę zimno, oraz para skarpetek z logo biegu.

A! Zdjęcia z biegu są darmowe. Jak napisał organizator – już zapłaciliście za pakiet, to nie płaćcie za zdjęcia.

Ze względu na to, że trasa wiedzie przez park, są ograniczenia w ilości uczestników – 1500 na maraton i 2000 na półmaraton

Trasa biegu, jak mówią organizatorzy, jest najszybszą trasą w Nevadzie, a wyniki z maratonu są akceptowane przez Boston Marathon. Do tego należy zaznaczyć, że jest niezwykle malownicza.

Trasa prowadzi z   Kyle Canyon na Mt Charleston (Humboldt-Toiyabe National Forest)  do Las Vegas. Spora część jest w dół, co widać na profilu.

Na start biegu zabierały nas autobusy. Trzeba było się stawić między 4:30 a 5:30. Trzęsłam się z zimna, ale wiedziałam, że potem będzie ciepło. Temperatura w ciągu dnia dochodziła do prawie 30 stopni. Można było na starcie zostawić depozyt, który zawożony był na metę. W samym miejscu startu była spora ilość kibelków, organizatorzy zadbali o dobrą muzykę i piękny wschód słońca. Na sam start trzeba było przejść jakieś 400-500 metrów, ale folie należało zostawić w miejscu zbiórki.

Ustawiłam się w połowie między zającem na 1:30 a 1:40. Nie szykowałam się na ten bieg. To miała być zabawa. Założyłam, że skoro jest trochę z  górki, to dam radę pobiec w okolicy. 1:34-1:35. Nie wiedziałam, jak zniosę zmianę czasu.

Ruszyliśmy. Czułam kameralność tego biegu. Przez spory kawałek widziałam elitę. Nogi niosły. Widziałam jak zbliżam się do zająca na 1:30. Postanowiłam, że pobiegnę chwilę z nimi – ile wytrzymam. Ddobrze się czułam, a głowa zaczęła pozwalać na więcej. Czułam, że męczę się … za wolnym,jak na tamten czas, tempem. Postanowiłam pójść na całość. Najwyżej padnę na końcu, ale bardzo chciałam zaryzykować. Dobrze mi się biegło, nic nie bolało, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Było z górki, albo płasko. Zegarek pokazywał 4:06, 4:08, 4:10. Dawno tak szybko nie biegłam. Przy okazji wykręciłam nowy czas na 10km. Do 13km nie było w ogóle kibiców, często biegłam sama łapiąc cały wiatr na siebie (przez kilka dni ostro wiało). Szukałam dziewczyn, żeby je wyprzedzać. W pewnym momencie tak się zapatrzyłam, żeby wyprzedzić, że zegarek pokazał mi 3:57…. zwolnij mała, spuchniesz. Tyle, że wcześniej spuchły stopy i poczułam bąble. Starałam się o nich nie myśleć, ale dziś wiem, że maratonu bym nie pobiegła wtedy. Zapomniałam je wysmarować wazeliną , co mam w zwyczaju, więc i miałam nauczkę.

Od 13 km zaczęło się robić zdecydowanie płasko …  i pod górkę. Powoli czułam, że zaczyna brakować energii, ale walczyłam. Żel zjadłam bez popijania, bo nie pamiętałam gdzie jest punkt z wodą, a nie chciałam czekać. Górki małe, ale dało się je odczuć. Jeden, drugi, trzeci podbieg. Skończyła się zabawa, a zaczął bieg na poważnie. Tempo spadło do 4:50, ale obiecałam sobie, że zrobię co mogę, żeby dowieźć wymarzony czas do mety. Mijałam kolejnych zawodników i słyszałam coś co mi dawało siły: „good job”. Nie ważne czy kobieta czy mężczyzna – zagrzewali do walki. Dałam się wyprzedzić jakieś 800m przed metą jednej dziewczynie.

Ostatecznie na mecie zameldowałam się jako 6 kobieta i 2 w swojej kategorii wiekowej z czasem 1:29:13!  To moja nowa życiówka poprawiona o 4:25 min! Nie wiem co by było gdybym poszła na całość od początku – czy dobiegałbym z lepszym czasem, czy wypaliła się wcześniej. Tego nie wiem i nie chcę wiedzieć, ale wiem, że ten  bieg zostanie w mojej głowie. Jest inny niż wszystkie, w których brałam do tej pory udział. Dawno nie biegałam w takiej ciszy. Pierwsi kibice dopiero na 13km a potem…. na mecie. Słyszałam własny oddech, kroki i myśli. Niesamowite widoki kiedy biegniesz, a przed Tobą wschodzące słońce zza gór. Cudowna organizacja i fajny medal. Wolontariusze drukują od razu mały dyplom z wynikami. Ciepła pizza i ciasto z owocami, banan, izotnik, woda i batony proteinowe – to wszystko było na mecie, ale nie miałam ochoty przez dobre 30min na jedzenie.

Jeśli myślicie o Bostonie to przemyślcie czy nie warto polecieć do USA i pobiec w maratonie. Widząc zawodników na mecie i ilu ich skończyło z czasem poniżej 3h…. kuszące.

 

poprzedni
następny

You Might Also Like

3 komentarze

  • Reply
    Lucyna
    9 maja 2017 at 17:08

    To musiało być fajne tak biec poza granicami Polski?:)

    • Reply
      poranamajora
      10 maja 2017 at 21:54

      to nie pierwszy mój start poza Polską, ale zawsze podpatruję czy organizatorzy robią coś inaczej niż u nas ; no i duma, że reprezentuję nasz kraj

  • Reply
    3 SieBiega Półmaraton Kielecki | Pora na Majora
    10 maja 2017 at 23:28

    […] po szybkim półmaratonie w USA, nie planowałam biec tego bardzo mocno. Tyle, że ja kurde łatwa jestem na podpuchy i dałam […]

  • Leave a Reply